Sześć lat. Dla większości europejskich klubów byłaby to chwila. Dla Bayernu Monachium to niemal wieczność. Od pamiętnego triumfu w Lizbonie w 2020 roku Bawarczycy nie potrafili ponownie dostać się nawet do finału Ligi Mistrzów. Były ćwierćfinały, rozczarowania, zmiany trenerów i bolesne wieczory, po których pozostawało poczucie, że potencjał tej drużyny pozwalał na więcej.
W poprzednim sezonie było już naprawdę blisko. Bayern dotarł do półfinału, ale drogę do decydującego spotkania zamknęło Paris Saint-Germain. Teraz drużyna Vincenta Kompany’ego rozpoczyna kolejną próbę.
I choć w Monachium nikt nie będzie we wrześniu krzyczał, że finał jest obowiązkiem, cel pozostaje oczywisty. Bayern chce 5 czerwca 2027 roku znaleźć się na Estadio Metropolitano w Madrycie.
Kompany zbudował Bayern po swojemu
Najważniejszą różnicą względem początku poprzedniego sezonu jest stabilizacja. Vincent Kompany nie jest już trenerem, który dopiero poznaje Saebener Strasse, zawodników i specyficzne mechanizmy funkcjonowania największego klubu w Niemczech.
Belg ma za sobą dwa lata pracy, dwa mistrzostwa Niemiec, dwa Superpuchary, DFB-Pokal i półfinał Champions League. Przede wszystkim jednak stworzył drużynę posiadającą wyraźną tożsamość.
Bayern Kompany’ego chce dominować. Gra wysoko, agresywnie odbiera piłkę, długo utrzymuje się przy niej i próbuje zamykać przeciwników na ich połowie. W poprzednim sezonie przyniosło to rekordowe 122 gole w Bundeslidze.
Taki futbol ma jednak swoją cenę. W Lidze Mistrzów jeden źle wykonany pressing czy strata przy wysoko ustawionej defensywie może oznaczać sytuację sam na sam z Manuelem Neuerem.
Właśnie dlatego europejski sezon będzie najważniejszym testem tego projektu.
Kane pozostaje największą bronią
Jeżeli Bayern ma zdobyć Ligę Mistrzów, trudno wyobrazić sobie taki scenariusz bez wielkiego Harry’ego Kane’a.
Anglik zakończył poprzedni sezon z 61 golami w 51 oficjalnych spotkaniach Bayernu, a 14 trafień zanotował w samej Champions League. W Bundeslidze zdobył 36 bramek, a w DFB-Pokal dołożył kolejnych dziesięć.
To statystyki piłkarza, wokół którego można budować marzenia o europejskim trofeum.
Kane daje jednak znacznie więcej niż gole. Potrafi zejść głębiej, przytrzymać piłkę, uruchomić skrzydłowych i stworzyć przestrzeń zawodnikom wbiegającym z drugiej linii. Problem zaczyna się wtedy, kiedy Anglika nie ma.
Bayern nadal nie posiada drugiego klasycznego napastnika porównywalnej klasy. Latem sprowadzono Ismaela Saibariego, który może występować wyżej, lecz jest zupełnie innym typem zawodnika. Przy napiętym terminarzu pytanie o odpoczynek dla Kane’a może powracać regularnie.
Saibari i Brown. Transfery bez rewolucji
Bayern nie przeprowadził latem rewolucji. Zamiast sprowadzenia pięciu czy sześciu nowych zawodników klub postawił przede wszystkim na Ismaela Saibariego oraz Nathaniela Browna.
Obaj kosztowali dużo, ale jednocześnie idealnie wpisują się w koncepcję Kompany’ego.
Saibari daje trenerowi wszechstronność. Może występować jako ofensywny pomocnik, nieco głębiej w środku pola, a w określonych sytuacjach również bliżej napastnika. Już na początku sezonu pokazał swoją kreatywność, notując między innymi dwie asysty po wejściu z ławki przeciwko Stuttgartowi.
Brown teoretycznie jest lewym obrońcą, ale w Bayernie pojęcie pozycji coraz częściej staje się umowne. Kompany korzystał z niego również znacznie wyżej, nawet w roli „dziesiątki”.
To może być ogromną wartością w Europie. Bayern posiada zawodników pozwalających zmieniać ustawienie bez dokonywania zmian personalnych.
Kadra jest jednak węższa
Druga strona medalu wygląda mniej efektownie.
Z Monachium odeszli doświadczeni zawodnicy. Leon Goretzka zakończył ośmioletni pobyt w Bayernie, João Palhinha przeniósł się do Benfiki, a Raphaël Guerreiro po wygaśnięciu kontraktu również pożegnał klub.
Oznacza to mniej nazwisk, ale jednocześnie więcej przestrzeni dla młodych.
W środku pola obok absolutnie fundamentalnego Joshuy Kimmicha mamy Aleksandara Pavlovicia oraz Toma Bischofa. To właśnie ich rywalizacja może być jednym z najciekawszych wątków sezonu.
Bischof już pokazuje, że nie zamierza zadowolić się rolą statysty. Pavlović natomiast jest wychowankiem, który w wieku 22 lat może wejść na kolejny poziom i stać się jednym z filarów Bayernu na wiele sezonów.
W Champions League sama jakość pierwszej jedenastki jednak nie wystarcza. Potrzebna jest również ławka. I właśnie jej głębia może okazać się największym znakiem zapytania.
Musiala może zmienić wszystko
Jest jeszcze Jamal Musiala.
Jego początek sezonu został zakłócony przez problemy zdrowotne, dlatego Bayern prowadzi go bardzo ostrożnie. Niemiec wrócił już na boisko przeciwko Schalke, ale klub nie zamierza gwałtownie zwiększać jego obciążeń.
To rozsądne. Champions League nie wygrywa się we wrześniu.
Jeżeli Bayern otrzyma wiosną zdrowego, rozpędzonego Musialę, będzie posiadał zawodnika zdolnego rozstrzygnąć mecz jednym dryblingiem. W spotkaniach przeciwko najlepszym, kiedy systemy taktyczne wzajemnie się neutralizują, właśnie tacy piłkarze są bezcenni.
Musiala, Michael Olise, Luis Díaz i Kane tworzą ofensywny kwartet, który przy pełnym zdrowiu może zagrozić każdej defensywie w Europie.
Szczególnie Olise po kapitalnym poprzednim sezonie nie jest już „obiecującym transferem”. To jedna z największych gwiazd Bayernu i zawodnik, od którego trzeba wymagać różnicy również w najważniejszych europejskich wieczorach.
Neuer i ostatnia wielka misja?
Po drugiej stronie boiska wciąż stoi Manuel Neuer. 40-letni kapitan rozpoczął sezon od swojego 600. oficjalnego występu dla Bayernu i nadal pozostaje pierwszym wyborem Kompany’ego.
Liga Mistrzów zawsze była rozgrywkami szczególnymi dla Neuera. Wygrał ją w 2013 i 2020 roku, uczestniczył w największych sukcesach współczesnego Bayernu i pamięta niemal każdy rodzaj europejskiego wieczoru – od wielkich triumfów po bolesne katastrofy.
Nie wiadomo, ile takich kampanii jeszcze przed nim. Niewykluczone, że ta w 2026/27 będzie ostatnia.
Dlatego tegoroczna może mieć dodatkowy wymiar. Neuer jest jednym z ostatnich symboli generacji, która pamięta oba ostatnie triumfy Bayernu w Champions League.
Losowanie? Łatwo na pewno nie będzie
Droga rozpocznie się od Bodø/Glimt na Allianz Arenie. Potem Bayern pojedzie do Stavanger na spotkanie z Vikingiem. I właśnie tutaj trzeba zdobywać punkty bez dyskusji.
Później poziom trudności zdecydowanie wzrośnie. Do Monachium przyjedzie Arsenal, następnie Bayern uda się do Madrytu na spotkanie z Atlético. Kolejne wyjazdy to Lille oraz – już w styczniu – Manchester United na Old Trafford. Na Allianz Arenie pojawią się jeszcze Slavia Praga i Real Betis.
To interesujący zestaw rywali. Nie jest ekstremalnie trudny, ale nie pozwala również na zbyt wiele potknięć.
Celem powinno być miejsce w pierwszej ósemce fazy ligowej. Pozwala ono uniknąć dodatkowego dwumeczu barażowego i daje bezpośredni awans do 1/8 finału. Przy liczbie spotkań rozgrywanych przez największe kluby dwa mecze mniej w lutym mogą mieć ogromne znaczenie.
Historia zobowiązuje
Bayern nie jest klubem, który może traktować ćwierćfinał Ligi Mistrzów jako sukces. Monachijczycy sześciokrotnie zdobywali Puchar Europy/Ligę Mistrzów. Tylko Real Madryt i AC Milan mają więcej triumfów, a Liverpool również zgromadził sześć trofeów.
Bayern należy więc do europejskiej arystokracji nie z marketingowego sloganu, lecz z historii. Problem polega na tym, że ostatni triumf coraz bardziej oddala się w czasie.
Kane nie przychodził do Monachium wyłącznie po Bundesligę. Kimmich nie przedłużał swojej historii w Bayernie tylko po kolejne mistrzostwa Niemiec. Musiala i Olise mają potencjał, aby stać się twarzami europejskiego futbolu.
Do pełnego potwierdzenia tej drużyny brakuje właśnie jednego – wielkiego sukcesu w Champions League.
Czy ten Bayern jest gotowy?
Na papierze nie jest największym faworytem bez żadnych znaków zapytania. Paris Saint-Germain pozostaje obrońcą tytułu, a Arsenal, Real Madryt, Barcelona czy angielskie potęgi również posiadają kadry stworzone do walki o końcowy triumf.
Bayern znajduje się jednak tuż obok nich. Ma Kane’a. Ma Olise. Ma Musialę. Ma Kimmicha. Ma Neuera. Ma trenera, którego projekt wszedł już w dojrzałą fazę. Jednocześnie ma węższą kadrę i musi liczyć na zdrowie najważniejszych zawodników.
To może być zarówno największa siła, jak i największa słabość tego zespołu.
Pierwszym przystankiem będzie Bodø/Glimt. Ostatnim Bayern chciałby uczynić Madryt.
Pomiędzy Monachium a Estadio Metropolitano znajduje się jednak osiem miesięcy, dziesiątki trudnych decyzji Kompany’ego i prawdopodobnie kilka europejskich wieczorów, w których jeden błąd będzie oddzielał sukces od kolejnego rozczarowania.
Po sześciu latach Bayern jest gotowy spróbować jeszcze raz.
Stach Gabriel.




Komentarze [5]
REKLAMA
REKLAMA