Dla kibiców Bayernu turniej był jednak przede wszystkim okazją do śledzenia aż siedemnastu zawodników ich ukochanego klubu.
Bilans tych czterech tygodni okazał się skrajnie nierówny - od indywidualnych popisów, rekordów i medalu, aż po jedno z najboleśniejszych rozczarowań w najnowszej historii niemieckiej kadry. Podsumujmy turniej w Ameryce Północnej w wykonaniu zawodników Die Roten.
Niemiecki blok. Wielki zawód mistrzów kraju
Bayern wystawił najliczniejszą reprezentację w kadrze Juliana Nagelsmanna. Manuel Neuer, Jonathan Tah, Joshua Kimmich, Leon Goretzka, Jamal Musiala i Aleksandar Pavlović stanowili trzon Die Mannschaft. Dla Neuera, który powrócił do kadry po wznowieniu kariery reprezentacyjnej po Euro 2024, były to już piąte mistrzostwa świata w karierze.Początek turnieju był dla nich znakomity. Niemcy rozbili Curaçao 7:1, a bohaterem spotkania został Jamal Musiala. 23-latek zachwycał w ofensywie, raz po raz wygrywając pojedynki i wieńcząc udany występ bramką po dograniu Joshuy Kimmicha.
Później zaczęły się jednak schody. Zwycięstwo 2:1 nad Wybrzeżem Kości Słoniowej zostało rodzone w mękach, a w trzecim spotkaniu grupowym Niemcy sensacyjnie ulegli Ekwadorowi 1:2. Mało kto spodziewał się jednak, że porażka z zespołem z Ameryki Południowej zwiastuje tak szybkie odpadnięcie.
W 1/16 finału doszło do katastrofy. Po remisowym meczu z Paragwajem (1:1 po dogrywce) – w którym trafienie Taha zostało anulowane po analizie VAR – o awansie decydowały rzuty karne. W nich pomylił się Kai Havertz, co przypieczętowało porażkę. To już trzecie z rzędu przedwczesne pożegnanie Niemców z mundialem po ich triumfie w 2014 roku.
Symboliczny był fakt, że Kimmich został przesunięty do środka pola dopiero przed dogrywką – choć na tej pozycji od dawna widziała go spora część kibiców. Mimo dwóch dogodnych sytuacji w końcówce, Niemcy nie potrafili przechylić szali zwycięstwa na swoją stronę. Cała trójka bawarskich reprezentantów w wyjściowym składzie – Neuer, Tah i Kimmich – bezradnie patrzyła, jak turniej wymyka im się z rąk w konkursie jedenastek.
Grający z opaską kapitańską Kimmich nie szukał wymówek:
“Czujemy się okropnie. Nie zagraliśmy dobrze przeciwko żadnemu rywalowi. W trzech meczach mieliśmy ogromne problemy z zespołami, które nie należą do światowej czołówki. To fakt. W pełni zasłużyliśmy na odpadnięcie” - przyznał 31-latek.
Tym samym czołowi piłkarze Die Roten wracają do klubu z opuszczonymi głowami.
Harry Kane i angielski brąz
Zupełnie inne emocje towarzyszyły śledzeniu poczynań Harry’ego Kane’a. Kapitan reprezentacji Anglii i najlepszy strzelec Bayernu poprowadził „Synów Albionu” do brązowego medalu, co jest najlepszym wynikiem tej reprezentacji od czasów triumfu w 1966 roku na własnym terenie.Kane błyszczał skutecznością od samej fazy grupowej. Zaliczył dublet w wygranym 4:2 spotkaniu z Chorwacją, trafił do siatki podczas zwycięstwa 2:0 nad Panamą, a w dramatycznym meczu 1/16 finału przeciwko Demokratycznej Republice Konga strzelił oba gole, dając wygraną 2:1. W 1/8 finału z Meksykiem wykorzystał kluczowy rzut karny, pieczętując awans po kolejnym zaciętym boju (3:2). Anglia ograła jeszcze Norwegię (2:1 po dogrywce), ale w półfinale musiała uznać wyższość Argentyny (1:2).
Po drodze napastnik Bayernu zapisał się na kartach historii. Podczas turnieju pobił rekord Gary’ego Linekera pod względem liczby goli strzelonych dla Anglii na mistrzostwach świata. Co więcej, wyśrubował ten wynik znacząco – obecnie ma na koncie 14 trafień na mundialach (przy 10 bramkach Linekera). To najlepszy dowód na to, że mimo upływu lat 33-letni snajper wciąż pozostaje jednym z najskuteczniejszych napastników świata.
W meczu o trzecie miejsce selekcjoner Thomas Tuchel dał odpocząć swojej gwieździe. Kane obejrzał z ławki rezerwowych jeden z najbardziej szalonych meczów turnieju – zwycięstwo 6:4 nad Francją, w którym hat-trickiem popisał się Bukayo Saka. Napastnik Bayernu zakończył mistrzostwa z sześcioma golami i wraca do Monachium z medalem oraz sporą dawką pewności siebie przed kolejną kampanią w Bundeslidze.
Francuski duet i rekord Olisego
Czwarte miejsce zajęła Francja, a w jej szeregach kluczową rolę odgrywał duet Dayot Upamecano – Michael Olise. To właśnie skrzydłowy Bayernu okazał się jednym z głównych bohaterów całego turnieju. Olise zaliczył siedem asyst, bijąc trwający 56 lat rekord Pelego pod względem liczby kluczowych podań w pojedynczej edycji MŚ. Przez długą część imprezy wymieniano go w gronie głównych kandydatów do Złotej Piłki dla najlepszego zawodnika, a jego cudowna przewrotka w meczu ze Szwecją – gdyby tylko piłka wpadła do siatki – przeszłaby do historii jako jeden z najpiękniejszych goli w dziejach turnieju.Ostatecznie statuetkę dla najlepszego piłkarza odebrał Hiszpan Rodri, ale sam fakt, że 24-letni skrzydłowy Bayernu bił się o tak prestiżowe wyróżnienie, najlepiej pokazuje, jak wielki skok jakościowy zaliczył w ostatnich miesiącach. Upamecano z kolei potwierdził solidną dyspozycję w defensywie „Trójkolorowych”, dorzucając do swojego dorobku czwarte miejsce na MŚ (po wicemistrzostwie z 2022 roku). Obaj zagrali w przegranym 0:2 półfinale z Hiszpanią oraz w szalonym starciu o brąz z Anglią.
Reszta bawarskiej reprezentacji
Choć to Niemcy, Kane i Francuzi skupiali na sobie najwięcej uwagi, na turnieju nie brakowało innych mocnych akcentów z udziałem piłkarzy Bayernu. Luis Díaz zaprezentował się świetnie w barwach Kolumbii – w meczu otwarcia z Uzbekistanem (3:1) strzelił gola i zaliczył asystę, a po starciu z Ghaną odebrał nagrodę dla zawodnika meczu. Skrzydłowy, który latem przeniósł się do Monachium z Liverpoolu, wnosił do gry swojej kadry mnóstwo energii i nieprzewidywalności.Kim Min-jae był jednym z filarów defensywy Korei Południowej, jednak jego drużynie nie udało się wyjść z grupy (w dużej mierze przez mocno dyskusyjne decyzje selekcjonera). Alphonso Davies reprezentował Kanadę po powrocie do zdrowia po zerwaniu więzadeł krzyżowych, które wykluczyło go z gry na wiele miesięcy. Etatowym obrońcą Chorwacji był natomiast Josip Stanišić, którego zespół odpadł w 1/16 finału po dramatycznej rywalizacji z Portugalią.
Swoje momenty mieli też Nicolas Jackson i Bara Sapoko Ndiaye (Senegal), Konrad Laimer (Austria) oraz Hiroki Ito (Japonia). Dla żadnego z nich turniej nie zakończył się spektakularnym sukcesem, ale każdy zanotował cenne minuty na reprezentacyjnej scenie przed powrotem do rywalizacji klubowej.
Prognozy kontra rzeczywistość
Jeszcze przed pierwszym gwizdkiem nastroje wokół zawodników z Bawarii były zupełnie inne. Niemcy uchodzili za jednych z murowanych faworytów do wyjścia z grupy i dalekiego marszu w fazie pucharowej, co wyraźnie odzwierciedlały przewidywania analityków oraz ranking bukmacherów opublikowany przed startem imprezy.Rzeczywistość brutalnie zweryfikowała te prognozy - Die Mannschaft rozczarowała na całej linii, notując nieudany występ na trzecim mundialu z rzędu. Ta klęska może się jednak okazać cenną lekcją pokory – w końcu nawet najbardziej utytułowany, klubowy trzon kadry nie daje automatycznej gwarancji sukcesu na reprezentacyjnej arenie.
Co ten mundial oznacza dla Bayernu?
Z perspektywy Säbener Strasse bilans turnieju można opisać jako co najmniej słodko-gorzki. Z jednej strony Bayern ma powody do dumy: Kane wraca z brązowym medalem i świetną formą strzelecką, Olise z historycznym rekordem i statusem gwiazdy światowego formatu, a Díaz z olbrzymim zastrzykiem pewności siebie. Z drugiej strony niemiecki blok, na czele z Kimmichem i Musialą, melduje się w Monachium w fatalnych nastrojach.
Trener Vincent Kompany będzie musiał szybko podnieść na duchu podłamanych reprezentantów Niemiec, jednocześnie przekuwając wysoką formę pozostałych graczy na mecze klubowe. Kolejny sezon Bundesligi rusza lada moment, a walka o obronę tytułu mistrzowskiego i marzenia o Pucharze Europy nie będą czekać, aż mundialowe emocje opadną. Jedno jest pewne – na mistrzostwach świata w Ameryce Północnej gracze Bayernu po raz kolejny udowodnili, że odgrywają kluczowe role we współczesnym futbolu.




Komentarze [0]
REKLAMA
REKLAMA