Albert Martens doskonale pamięta Vincenta Kompany’ego jako
dziesięcioletniego chłopca. Były trener młodzieży RSC Anderlecht w magazynie
„FC Bayern 51” przyznał, że już wtedy Belg wyróżniał się charakterem i
naturalnym przywództwem.
– Vincent zdecydowanie zawsze był liderem, niezależnie od
tego, w jakiej drużynie akurat grał. Zawsze mówił to, co myślał – czy ktoś
chciał tego słuchać, czy nie. Pewnego razu belgijska telewizja kręciła materiał
o drużynie U11 Anderlechtu. Przed kamerą skrytykował wówczas politykę
transferową klubu: zarzucał, że sprowadza się zawodników za wielkie pieniądze,
a własnym wychowankom daje się znikome szanse. Muszę przyznać, że argumentował
bardzo trafnie. Zawsze przychodziło mu z łatwością dobieranie odpowiednich słów
– wspomina Martens.
75-latek nie jest również zaskoczony sukcesami
szkoleniowymi Kompany’ego.
– Ani trochę. Z zawodnikami jest tak: dobrych graczy można
wyszkolić, ale ci wybitni się takimi rodzą. Oczywiście oni też muszą ciężko
pracować i się uczyć, ale mają w sobie coś, czego inni nie posiadają. Z
trenerami jest tak samo. W przypadku Vincenta zawsze byłem pewien, że zostanie
trenerem z najwyższej półki. Jest inteligentny, uczciwy, świetnie radzi sobie z
ludźmi i ma mentalność zwycięzcy. Nigdy nie powie: „Jestem najlepszy”. Nawet
jeśli wygra Ligę Mistrzów, stwierdzi: „Dobrze, że nam się to udało – a jutro
działamy dalej” – dodał.
Ta mentalność była widoczna również po porażkach.
– Na treningach często graliśmy w systemach dwóch na dwóch,
trzech na trzech czy czterech na czterech – i kiedy przegrywał, pojawiały się
łzy. Oczywiście winni zawsze byli inni. Zawsze. Mały Vincent nie był łatwym
partnerem dla swojej drużyny – mówił dalej.
Martens zapamiętał też jedno szczególne spotkanie drużyny
U-12.
– Kiedy graliśmy w drużynie U-12, zmierzyliśmy się z
Molenbeek, zespołem z Brukseli. W pierwszej połowie graliśmy fatalnie. Jedynym
plusem było to, że do przerwy utrzymywał się wynik 0:0. Vincent siedział w
szatni i był zły na drużynę. Powiedział: „Trenerze, chyba też to widziałeś: gramy
totalną kaszanę”. Wtedy odparłem: „Vincent, bardzo się cieszę, że zdajesz sobie
sprawę, iż grałeś słabo. Możesz teraz iść pod prysznic” – podsumował Albert
Martens.




Komentarze [1]
REKLAMA
REKLAMA